[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Do cholery, jak można tak nieuważnie jezdzić! - powiedział zamykając notes. -
ZatelefonujÄ™ na policjÄ™.
- A może by tak zepchnąć ten kram z drogi? - odezwał się kierowca, który wysiadł z
wozu - wtedy reszta mogłaby przejechać.
Jesse wyczuł sprzymierzeńca.
- Chciałbym to zrobić, przyjacielu, ale ten gość uparł się wezwać Kojaka.
Grubas pogroził mu palcem.
- Znam takich, co to jeżdżą jak chuligani, a ubezpieczenie niech płaci. Postawię cię
przed sÄ…dem, kochasiu.
Jesse postąpił krok w przód, zaciskając pięści, po czym zatrzymał się. Zaczynała go
ogarniać panika.
- Policja ma dość innej roboty - rzekł pojednawczo.
Mężczyzna zlustrował go przenikliwie. Dostrzegł strach Jessego.
- To już oni sami rozstrzygną, czy mają coś lepszego do roboty - rozejrzał się i
zobaczył budkę telefoniczną. - Stój tutaj! - polecił kierując się w stronę budki.
Jesse złapał go za ramię. Teraz naprawdę wpadł w panikę.
- To nie ma nic wspólnego z policją - powiedział.
Tamten odkręcił się i strzepnął rękę Jessego.
- Aapy przy sobie, ty śmieciu...
Jesse chwycił go za klapy i podciągnął do góry.
- Ja ci dam śmiecia... - Nagle zdał sobie sprawę, że zebrał się spory tłum ciekawskich,
było już chyba kilkanaście osób. Jesse przyjrzał się wszystkim. Były to głównie kobiety z
torbami na zakupy, a na samym froncie stała dziewczyna w obcisłych spodniach.
Uprzytomnił sobie, że narobił bigosu.
Postanowił się z tego wygrzebać.
Puścił poszkodowanego kierowcę i wsiadł do furgonetki. Tamten wytrzeszczył z
niedowierzaniem oczy.
Jesse włączył silnik i cofnął się. Pojazdy rozdzieliły się z chrzęstem. Zobaczył, że
zderzak mariny zwisa luzno, a obudowa tylnego oświetlenia jest roztrzaskana. Pięćdziesiąt
funciaków, i da się naprawić - pomyślał machinalnie. - Dziesiątak przy własnej robocie.
Tłuścioch stanął przed maską furgonetki niczym Neptun i wygrażał palcem.
- Nie ruszaj! - krzyknął. Scysja zaostrzała się i tłum gapiów gęstniał. Zrobił się korek i
wozy z tyłu zaczęły ich omijać.
Jesse wrzucił pierwszy bieg i podkręcił silnik. Kierowca mariny nie ruszał się z
miejsca. Jesse zwolnił raptownie sprzęgło i furgonetka wyprysnęła do przodu.
Grubas odskoczył do krawężnika, ale spóznił się. Jesse, skręcając, usłyszał głuchy
odgłos przy błotniku. Jadący z tyłu samochód zahamował z piskiem opon. Jesse zmienił bieg i
pognał, nie oglądając się za siebie.
Ulica wydawała mu się ciasna i dokuczliwa niczym pułapka, gdy - nie zważając na
pasy - pędził zygzakami, zmuszany do hamowania. Próbował rozpaczliwie zebrać myśli.
Wszystko popieprzył. Cały skok udał się wspaniale, a Jesse James wpakował się w kraksę
ucieczkowym wózkiem. Furgon, pełen papierowego szmalu, spalony z powodu stłuczki za
pięćdziesiąt funtów. Niech to diabli!
Uspokój się - mówił sobie. - Nie ma wsypy, póki cię nie zamknęli. Jeszcze jest czas.
Oby tylko mógł się skupić.
Zwolnił i skręcił z głównej ulicy. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi. Lawirując
bocznymi uliczkami, oceniał sytuację.
Co teraz może nastąpić? Ktoś zatelefonuje na policję, zwłaszcza że przewrócił tego
grubego, który zapisał sobie numer furgonetki; któryś ze świadków mógł go zresztą także
zanotować. Zgłoszą ucieczkę z miejsca wypadku i numer otrzymają przez radio wszystkie
wozy patrolowe. Potrwa to najdłużej piętnaście minut. Minie dalsze pięć minut i ogłoszą
rysopis Jessego. Jak był ubrany? Niebieskie dżinsy i pomarańczowa koszula. Do licha!
Co by powiedział Tony Cox, gdyby mógł go zapytać o radę? Jesse wyobraził sobie
pulchną twarz szefa i usłyszał jego głos: ustal, w czym problem, dobrze?
Jesse rzekł głośno:
- Policja ma numer wozu i mój rysopis.
Pomyśl, co trzeba zrobić, żeby rozwiązać problem.
- Co, do diabła, mogę zrobić, Tony? Zmienić tablice rejestracyjne i wygląd?
No więc, zrób to!
Jesse zmarszczył brwi. Analiza rozumowania Tony'ego na tym się skończyła. Gdzie,
do cholery, mógł skombinować tablice i jak je umocować?
Oczywiście, jasne jak słońce.
Przedostał się na główną ulicę i jechał, dopóki nie natrafił na warsztat ze stacją
benzynową. Stanął przy dystrybutorach. Więzienny wrak - pomyślał - a to heca! Za pompami
były garaże naprawcze, nie opodal cysterna tankowała paliwo do zbiornika.
Jeden z pracowników stacji, przecierający zatłuszczoną szmatą okulary, podszedł do
furgonetki.
- Za pięć funciaków - powiedział Jesse. - Gdzie jest kibel?
- Tu zaraz, z boku - pracownik wskazał mu kierunek kciukiem.
Jesse poszedł betonową ścieżką koło garażu i minął rozpadające się drzwi z napisem
 Dla panów .
Za garażem znajdował się niewielki plac, na którym stały bezładnie czekające na
reperację auta z zardzewiałymi drzwiczkami i pogiętymi błotnikami, porozrzucane też były
części silników. Jesse nie widział jednak tego, czego szukał.
Dotarł do rozwartego na oścież bocznego wejścia, przez które mógłby śmiało wtoczyć
się autobus. Nie było sensu bawić się w chowanego. Wszedł do środka.
Upłynęła chwila, zanim przystosował wzrok do mrocznego wnętrza. W powietrzu
unosiła się woń oleju silnikowego i spalin. Z podniesionego na rampę mini wyzierały
obrzydliwe flaki podwozia. Przód przegubowej ciężarówki podłączony był przewodami do
urządzenia kryptona. Pozbawiony kół jaguar siedział na klockach. Nie było żadnego
pracownika. Jesse zerknął na zegarek - pewnie są na obiedzie. Rozejrzał się i wreszcie
zobaczył to, czego potrzebował.
W rogu, na beczce z olejem, leżały dwie czerwono-białe tablice rejestracyjne. Zabrał
je i, znowu się rozglądając, zwędził jeszcze dwie rzeczy: czysty kombinezon z kołka na
ścianie i leżący na podłodze kłębek brudnego sznurka.
- Szukasz czegoś, bracie? - usłyszał nagle czyjś głos. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ssaver.htw.pl